Naśladowanie Chrystusa - frOPs -

NIEDZIELA OJCÓW I NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY II

23 grudnia 2018

Bardzo mocnym zdaniem rozpoczął o. Jan Andrzej Kłoczowski OP, swoje rekolekcje, w których miałem szczęście uczestniczyć dawno temu w Szczecinie. W trakcie pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1987r (ostatniej za panowania PRL-u) odbyło się spotkanie z ówczesnymi władzami polskimi – nieformalne pożegnanie komuny. Papież powiedział tak:

 “Słusznie możemy sądzić, że przyszły los ludzkości leży w rękach tych, którzy potrafią podać następnym pokoleniom, motywy życia i nadziei.

… następnym pokoleniom przekazać… “motywy życia i nadziei”. Znawcy tematu mówili, że była to  doskonała definicja sytuacji. Z perspektywy 31 lat widzę, że było to kolejne proroctwo i przenicowująca czas – diagnoza.

VARIA – Rzuć swe serce!

11 marca 2014
20:45

A teraz kilka chaotycznych fragmentów z rekolekcji Ojca Jan Andrzej Kłoczowski OP:  Patrzę na tę moją “przyszłość” i stawiam sobie pytanie: jak wygląda ten mój wymarzony, dzisiejszy świat? Gdzie w nim jest nadzieja? A przecież wszystko się zmieniło! Jesteśmy wolni! Czy w tym naszym “najpiękniejszym” z światów, w którym mamy wolny rynek, wolność słowa, tolerancję, szacunek dla inności, różnych wartości, to wszystko o czym słyszymy, ale… czy my cokolwiek budujemy? Czy budujemy świat, w którym młode pokolenie odkryje motywy życia i nadziei? Czy naprawdę żyjemy tak, by ci, którzy na nas patrzą byli przekonani o tym, że warto żyć!?  I to jest właśnie jedna z największych naszych bolączek. Było takie przysłowie: “nadzieja jest matką głupich” a ja myślę, że NADZIEJA JEST ODWAGĄ LUDZI ODWAŻNYCH.

Thomas Merton pisał: „Mieć nadzieję to ryzykować frustracje. Podejmij zatem ryzyko frustracji. Nie bądź jak ludzie, którzy nigdy niczego nie próbowali, by nie ryzykować niepowodzenia”.

(…) Czy nadzieja jest konieczna do życia? A jeśli tak, to czego brakuje naszej nadziei? Jestem głęboko przekonany, że nadzieja jest konieczna do życia,  i że utrata nadziei jest utratą woli życia, odwagi życia, radości życia. Nieżyjący już znakomity krakowski psychiatra, prof. Kempinski mówił, że utrata nadziei jest jednym z osiowych objawów depresji. Coraz więcej się o niej  mówi.

(…) Zastanówmy się, gdzie i w jaki sposób nadzieja umyka z naszego życia? Jest taka poetycka definicja nadziei, arabskie przysłowie mówi: “rzuć daleko przed siebie swoje serce a potem spróbuj je schwytać”. Nasze Serce, w tym najgłębszym biblijnym, znaczeniu to nie źródło moich namiętnych porywów ale najgłębsze źródło mojej tożsamości, tego co jest we mnie jedyne i niepowtarzalne, co sprawia, że nie ma we wszechświecie drugiej takiej istoty jak ja. Ale ja nie jestem, lecz wciąż się staję!  A więc, każdy dzień mojego życia jest takim rzucaniem swoim sercem. Tylko gdzie rzucam? Daleko przed siebie, nawet poza widzialny horyzont? Czy może wrośnięty w ziemie, boję się wypuścić je z rąk?  Czy mam odwagę “rzucenia serca” przed siebie, by je ścigać? Nadzieja pokazuje nam drogę zagospodarowania czasu, naszej przeszłości. Ileż wydarzeń z przeszłości decyduje o tym jak widzę dzisiaj siebie i świat. Ile krzywd, które mnie uczyniono, spowodowały, że dzisiaj jestem nieufny i nie wierzę. Ile odwagi, czy braku odwagi jest we mnie aby podejmować jakiekolwiek decyzje. Jakże często stajemy na takich rozstajnych drogach, brak decyzyjności… i wynikające z tego jakże rozliczne błędy życiowe. To wszystko jest ten brak zagospodarowania czasu. Ale nie “wypełniaczami” machinalnej gonitwy za chlebem ale nasycenia go jakimś znaczeniem, prawdziwym sensem.

Wspomniałem wczoraj o prof. Kempińskim i depresji, ale nie będę się tu  wymądrzał. Chcę natomiast bronić przekonania, że (z całym szacunkiem dla tego wymiaru psychologiczno-psychiatrycznego) najgłębsze nasze źródła depresji, klęsk, tej szarości w życiu mają charakter przede wszystkim duchowy. I o tym chciałbym mówić. O duchowym źródle nadziei, która nie nic wspólnego ze “spodziewaniem się”, czy “tanim optymizmem”, nie o “smutkach” i “smuteczkach”, ale o głębokim wymiarze ludzkiego zmagania się z sobą, z życiem. A najlepiej pokazują to starożytni mnisi chrześcijańscy – Ojcowie Pustyni. W III, IV wieku udawali się na pustynię. Ci Mistrzowie nazwali ten kryzys duchowy mianem “acedia”. Acedia, taki duchowy smutek. Ona się przejawia w jakimś przygnębieniu, braku motywacji do działania, zniechęceniu, wyczerpaniu. W skrócie mówili: “Acedia to smutek, wskutek niedostępności trudnego dobra. A dziś? Czy nie wydaje nam się trudnym to co uważamy za cenne? A pragnęlibyśmy tego co jest dla nas za trudne. Acedia przejawia się w niezdolności do bycia “tu” i “teraz”. Każdy z nas dokładnie to wie, gdy zaczynam się modlić to przypomina mi się wszystko czego nie zrobiłem/łam i od razu przypomina mi się to co jeszcze powinienem zrobić. Skupienie! Umiejętność uważnego trwania, wiernie w tej oto chwili. W tym oto słuchaniu, w tej oto rozmowie, w tym właśnie czytaniu w tej oto chwili. I jeden z czołowych Mistrzów tej starożytnej szkoły Ewagriusz, mówi, że: “jest taki specjalny demon, który zajmuje się tym, by specjalnie stawiać mnicha w takich trudnych sytuacjach”. To jest o mnichu ale czy to nie będzie też o każdym z nas? Tak pisze ten Mistrz: “wzrok człowieka, który podlega tej acedii tkwi ciągle w oknie a jego umysł wyobraża sobie odwiedzających. Zaskrzypiały drzwi ów wyskoczył, usłyszał głos – wychylił się przez okno i nie odejdzie stąd, aż siedząc zdrętwieje. Wzrok uległego acedii tkwi ciągle w oknie, a jego umysł wyobraża sobie odwiedzających. Zaskrzypiały drzwi – ów wyskoczył, usłyszał głos – wychylił się przez okno i nie odejdzie stąd, aż siedząc, zdrętwieje.” Tu mowa o oknie a dziś mamy dwa telewizory… , ciągle się gdzieś, cos dzieje, także cudownie wymykamy się tej uważności.

“Opanowany przez acedię przy czytaniu wciąż ziewa i łatwo wpada w senność. Pociera oczy i przeciąga się, to znów odwracając oczy od księgi, spogląda na ścianę, znowu obraca się i czyta nieco, i kartkując – bada dokładnie końcówki wypowiedzi. Liczy kartki i ustala liczbę rozdziałów, gani pismo i zdobienie. Wreszcie zamyka księgę, kładzie pod głowę i (…)” (Ewagriusz z Pontu, O praktyce) chce usnąć ale narzeka, że twardo. Budzi się dopiero z nadzieją, że oto już niedługo obiad i będzie sobie można coś podjeść. Acedia, to utrudzenie na modlitwie. To ciągła ucieczka. Acedię powoduje – jak mówi Ewagriusz – “uśpienie duszy”. Proponuję zróbmy coś razem na koniec tych rekolekcji. “Re” – ponowne, “kolekcje” – zebranie, czyli powtórne zebranie np. myśli życia. Jak naprawdę wygląda to moje “uśpienie duszy”? Ono może być na bardzo różnym poziomie: ucieczki od spraw najważniejszych, domowych. Uśpienie, które mi mówi: “już mi się nie chce” albo “jeszcze poczekam”. Nieustanne odkładanie tego, co jest naprawdę ważne, na później. Jeszcze poczekam, to jeszcze nie jest ta godzina.

(…) Mamy wokół siebie coraz więcej ludzi, których ogarnia “drętwota duchowa”. Czy zauważacie to? Czy zauważacie, że współczesne czasy owocują coraz większym smutkiem (beznadziejnością)? Żyjemy w Świecie, który, po kryzysie ideologii poprawiających świat – posługując się tylko chłodnym rozumem – ciągle jeszcze liże rany, które przyniosły te ideologie.   Ale to są też czasy, w których wszechobecny relatywizm, który zamyka każdego z nas w jego samotności. Coraz częściej padają  pytania: “właściwie po co ja żyję?”, “nic mi się nie udało”. Dotyczy to i tych z salonów i tych żyjących “z dnia na dzień”. Jeden powie: “mam dom, kasę, żonę, dzieci, ale  po co to wszystko?”. Coraz częściej przeżywamy podwójny smutek: z powodu tego jacy jesteśmy i jacy nie jesteśmy. Że jestem taki beznadziejny i nie jestem taki wspaniały. I MOŻNA SIĘ NA TYM PRZEJECHAĆ. To bowiem odbiera nam nadzieję! Przyczyny? Przede wszystkim duchowe.  Coraz bardziej uczymy się tego, by przełamywaniu trudności życiowych odwoływać się do pewnych znieczulaczy, środków ułatwiających nam wyciszenie jakiegoś problemu. Zmniejszenia bólu jaki w nas ten problem rodzi, niż po prostu stawić czoło życiu. Dlaczego? Bo nie potrafimy już sięgnąć do naszych pokładów duchowych! Wierzymy w duszę jeszcze tylko na  poziomie tego co czujemy, a nie na tym głębszym – POZIOMIE DUCHOWYM. POZIOMIE NA KTÓRYM CZŁOWIEK SWOIM MYŚLOM, UCZUCIOM I DZIAŁANIOM UMIE NADAWAĆ ZNACZENIE – SENS.

Bardzo wielki psychiatra Viktor Emil Frankl, doktor filozofii, a także profesor neurologii i psychiatrii wydziału medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego oraz profesorem logoterapii American International University w Kalifornii. W latach 1942–1945 był więźniem obozów koncentracyjnych w Teresinie, Auschwitz i Dachau. W 1994 tytuł doktora honoris causa przyznały mu Katolicki Uniwersytet Lubelski i Uniwersytet Karola w Pradze. Był dwukrotnie żonaty. Pierwsza jego żona Tilly zginęła w czasie II wojny światowej w obozie koncentracyjnym. W 1947 roku poślubił Eleonore Katharina Schwindt. Mieli jedną córkę Gabriele Frankl-Vesely, która została psychologiem dziecięcym. Opowiadał, że gdy obserwował ludzi, z którymi był w obozie koncentracyjnym, większe szanse przetrwania mieli ci, którzy widzieli wyraźny cel i sens dla swoich zachowań i działań w życiu. Jest taka metoda leczenia  – logoterapia, czyli leczenie sensem, której jest autorem. Sensem, czyli umiejętnością dotarcia do głębokiego wymiaru mojego życia. Do tego, w którym rzeczywiście jestem. Nie tylko w słowach, zachowaniach, gestach, symbolach ale w całej wewnętrznej duchowej prawdzie staję wobec Boga i buduję. Brak nadziei jest objawem duchowej choroby. Nie ma żywej Wiary i żywej Miłości bez nadziei, która otwiera nas naprawdę na rzeczywistość. Dlaczego rośnie w nas ta przepaść duchowego smutku, tej acedii? Wszystko wskazuje na to, że jest w moim życiu duchowym, już nawet nie rysa,  ale głęboka rana. Co na to Ewagriusz?

“Źródło acedii płynie ze szczególnie trudnej walki z samym sobą.”  Czyli ktoś, zranił moje “ja”. Ale kiedy ono jest zranione? Wtedy kiedy to ono jest tak naprawdę ośrodkiem mojego życia. Właśnie człowiek skoncentrowany na własnym “ja”

Jakże często zraniony nie umie tak naprawdę kochać samego siebie. Aby mieć nadzieje, trzeba siebie zaaprobować, trzeba siebie kochać! I tutaj najważniejsze jest odkrywanie nadziei,  jej mocy!


Św. Paweł uczy, ze człowiek to jest ciało dusza i duch. Ciało – soma. Psyche – cała warstwa emocjonalna (ważna, istotna, bolesna, wrażliwa, bolesna i radosna)  i ta – pneuma, czyli duch (wymiar duchowy). I odkrywanie nadziei jest pracą pneumaterapii, leczenia ducha. Leczenia z tych najgłębszych duchowych zranień, które znajdujemy. Które nie pozwalają nam, tak naprawdę, do końca otworzyć się na siebie, przyjrzeć się sobie. A zamknięcie w sobie, szczególnie przez rany nie pozwalają nam też, tak do końca zawierzyć Bogu. Przyjąć To Kim On tak naprawdę jest dla nas. Pierwsza uwaga jaka się rodzi to:

  1. terapia ma być najpierw modlitwą

Ewagriusz, znowu: “Kiedy wpadniemy w sidła demona acedii, wśród doświadczeń rozdzielmy swoja duszę na dwie części. Pocieszającą i pocieszaną.” To rozdzielenie nie ma oznaczać jakiegoś rozdwojenia, czy schizofrenii. A dalej Mistrz: “ZARÓWNO TO CO W TOBIE JEST BOLESNE I TRUDNE TRZEBA PRZYJĄĆ, BO TO JEST KAWAŁEK CIEBIE. TO NIE JEST COŚ CO MOŻE BYĆ WYRZUCONE, TYLKO ULECZONE. To coś innego, ale czym uleczyć? MODLIWTĄ TEJ DRUGIEJ STRONY, KTÓRA JEST W KAŻDYM Z NAS.  Ta strona otwarta na nadzieję. Na Boże działanie.  Na to, że dobro nie jest tylko przypadkiem a wszystkim rządzi zło! Ta jasna strona każdego z nas. Niech się modli na ta ciemną stronę, biedna, chorą. By owa pneumoterapia była skuteczna. Ewagriusz cytuje taki piękny Psalm 42.

“6 Czemu jesteś zgnębiona, moja duszo, 
i czemu jęczysz we mnie? 
Ufaj Bogu, bo jeszcze Go będę wysławiać: 
Zbawienie mego oblicza 7 i mojego Boga.” 


Nie trwóż się duszo, nie bój się. Jest zbawienie mego Boga, jest Bóg, który jest pocieszeniem i umocnieniem. Prośmy dziś o dar radości, nie wesołkowatości, ale radości, która jest Pokojem. Która pozwala aby ten ocean wzburzeń się uspakajał. By można było spojrzeć głębiej. Wtedy te trudne sprawy, te nasze “potwory” staną się bardziej widoczne. Będzie je można zlokalizować i przegnać. 

Ks, Tischner mawiał: “Nadzieja biblijna prowadzi człowieka tam, gdzie jeszcze nigdy nie był”. Rzućmy “wszystko” na szalę i chodźmy tam, gdzieśmy jeszcze dotąd nie byli… . Przyszłość jest przygotowana dla każdego z nas!


 

Mój BRAT Wojtek: grunt to ziemia, a nie marmurowa posadzka

Jamna 2015 – Brat o. Andrzej Hołowaty OP

WSZECHŚWIAT W SWOJEJ NIESKOŃCZONEJ RÓŻNORODNOŚCI TWORZY ZESPÓŁ PEŁEN HARMONII, W KTÓRYM WSZYSTKIE CZĘŚCI SĄ WZAJEMNIE POWIĄZANE I ŻYJĄ JEDNE DLA DRUGICH. OD ATOMU DO ANIOŁA, OD WIĄZAŃ MIĘDZY MOLEKUŁAMI DO WSPÓLNOTY ŚWIĘTYCH – NIC NIE ISTNIEJE W ODOSOBNIENIU, ANI TEŻ TYLKO DLA SIEBIE. BÓG NIE STWARZAŁ INACZEJ JAK TYLKO JEDNOCZĄC. DRAMATEM CZŁOWIEKA JEST….

 … ODDZIELENIE

 

Kolęda dla nieobecnych

słowa: Szymon Mucha
muzyka: Zbigniew Preisner

C (C)
A nadzieja znów wstąpi w nas
F G C (C)
Nieobecnych pojawią się cienie
C (C)
Uwierzymy kolejny raz
F G C (C)
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
F C (C)
I choć przygasł świąteczny gwar
F G (G)
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
C (C)
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
F G C  (C G F C – D )
Wbrew tak zwanej ironii losu

D (D)
Daj nam wiarę, że to ma sens
G A D  (D)
Że nie trzeba żałować przyjaciół
D (D)
Że gdziekolwiek są dobrze im jest
G A D (D)
Bo są z nami choć w innej postaci
G D (D)
I przekonaj, że tak ma być
G A (A)
Że po glosach tych wciąż drży powietrze
D (D)
Że odeszli po to by żyć
G A/ D  (D)
I tym razem będą żyć wiecznie

D A
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
G A D (D)
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
D A
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
G A D  – C
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

C (C)
A nadzieja znów wstąpi w nas
F G C (C)
Nieobecnych pojawią się cienie
C (C)
Uwierzymy kolejny raz
F G C (C)
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
F C (C)
I choć przygasł świąteczny gwar
F G (G)
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
C (C)
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
F G C  (C G F C – D )
brew tak zwanej ironii losu

C G
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
F G C
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
C G
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
F G C
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole /x2



Dodawanie komentarzy dla zalogowanych użytkoników: