Módlmy się razem - frOPs -

NIEDZIELA OJCÓW I NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

23 grudnia 2018

Życie na kredyt z nadwyrężonym systemem odpornościowym, kręgosłup w proszku, plagi egipskie w życiu osobistym, kataklizm w zawodowy, marginalizacja we wspólnocie, pełzająca nienawiść we własnym domu… I o to na Boże Narodzenie zabłysnął krzyż Chrystusa i oto pojawiła się radość jakiej nigdy nie doznałem. Pośród dzisiątków sms-ów dostałem wczoraj też tego maila z życzeniami. – sobota 22.12.2018 r. g. 23:16

 


Cicho! Ukochany mój!
Oto on! Oto nadchodzi!
Biegnie przez góry,
skacze po pagórkach.
Umiłowany mój podobny do gazeli,
do młodego jelenia.
Oto stoi za naszym murem,
patrzy przez okno,
zagląda przez kraty.
Miły mój odzywa się
i mówi do mnie:
«Powstań, przyjaciółko ma,
piękna ma, i pójdź!
Pnp 2.8-10

(…) tu pomijam bla, bla,…. 😀

 


„Jego przepowiadali wszyscy prorocy, Dziewica Matka oczekiwała z wielką miłością”


 

Żartuję! To były piękne życzenia dla ogółu braci i dlatego pomijam, ale… przytaczam samo zakończenie, które mnie dotyczy i całkowicie mnie powaliło cyt.:

“Przekazuję też życzenia wszelkiego Dobra, Błogosławieństwa od naszego
Kochanego Br.Marka Franciszka

Ale… o co chodzi? Ten od życzeń Dobra, to przecież… ten sam wczorajszy “chłopski filozof”, “wiejski głupek”, “pomyleniec”, leniwy pyszałek”, “niedowartościowany, irytujący cwaniaczek”… znaczy ja, oto dziś nagle “Kochany”. Pora umierać, albo… zabić 😀 Nie! Zabić to mało…. 😀

No…, to wyobraź sobie teraz faceta za parę lat, którego rozrusznik serca myśli, że padła bateria 😀 Czujesz to? A wiesz co ja czuję? Całkowity i pełny pokój serca, bo jestem gotowy na śmierć. Spokojnie! Wszystko jest OK. Nie mam :skorupiaka”, dlatego jeśli obudzę się jutro, to podziękuję Stwórcy za to. Jeśli się nie obudzę, też Mu podziękuję. ale za wczoraj w moim przyszłym, wiecznym TERAZ. Nadążasz? Mam taki marzenie. Uszykować jutro radosne kolędo – wycie z rzempoleniem na gitarze w tle. Co…? Nie pośpiewamy? No tak, Twoja mamuśka przyleciała po dwóch latach zza zzzimnych fiordów z gorącym sercem do córuni… 😀 Zrobimy tak: nagram Ci coś i wyślę z akordami, przegrasz raz dwa razy i coś wybierzesz, a z czwartku na piątek, w Twoją noc poślubną, jak Tomasz zaśnie zaśpiewamy razem. Ja oczywiście bezwstydnie… upublicznię te nasze “voice party” – jak leci, bez cenzury, korekty, bez poprawek i kto wie… może zostanę królem instagramu! hahahaha… 😀 Potem już jako król, wraz z noworocznymi życzeniami, poślę to mamie pewnej małej trzylatki, aby pokazała córce, że istnieje taki świat, w którym się fałszuje rzeczywistość i nie jest to wcale koniec świata 😀 I jak rycrz stanę w obronie tych, których trzymają w stuporze ich depresje, psycho – fobie, emosjonalne deficyty. Zaniosę też Stwórcy błaganie za tych, których paraliżuje opinia innych o nich samych. Przed wszystkim jednak podziękuję Bogu za moją głuchotę – na poziomie iluś tam dB – i za brak talentu muzycznego 😀 Po prostu nie dał mi Stwórca talentu muzycznego, oj…, nie dał 😀 I właśnie dlatego Mu wyśpiewam, tak jak potrafię, moją wdzięczność za Ciebie i za moje dwie zdrowe jeszcze ręce i zachrypniete gardło – ciagle jeszcze fiber /39-40/. Same chęci więc nie wystarczą, by na koniec tych adwentowych rekolekcji poruszyć czyściej struny, aby czyściej zaśpiewać 😀 To będzie porażka, ale wierzę, że On może nawet chrypliwą kakofonią ożywić martwą duszę tak, by w sercu – w Duchu – mógł narodzić się prawdziwy Król Wszechświata. Kiedy to piszę – już teraz – jakaś maleńka cząsteczka tego wszechświata, zmienia się na lepsze. Tak. Jestem marzycielem – całkiem jak mój prowincjał. I jak on – czasem za dużo gadam 😀 Ale to wcale nie przeszkadza mi w kontemplacji Stwórcy i dzieleniu się jej owocami w czas radości, nawet, jeśli są to gorzkie owoce.

Już wiem, że chcesz posłuchać…

Na początek sentymentalne wspomnienie, mały epizod ze szczecińskiego Parku Kasprowicza sprzed… piętnastu lat 😀 To było chyba latem 2003 r., kiedy jako małego szkraba wsadziłem na Gwiazdeczkę (córkę na kucyka). Bała się panicznie, ale kiedy szedłem obok uspokoiła się, nawet jej się spodobało i… tak już chyba jej zostało 😀 Kocha i rozumie konie /zwierzęta/ i one ją kochają… są mądre, gorzej z ludźmi. Teraz właśnie historia o głupich ludziach i mądrych koniach, która kiedyś poruszyła mną do głębi – prawie tak bardzo jak odśpiewany na próbie przed koncertem w pustym kościele w Bartągu – “Matki człowieczej lament”. Mam takie marzenie: posłuchać tego jeszcze raz w oryginale i niekoniecznie w pustym kościele. ale jest problem… Teraz jednak cofnijmy się do roku 1952…

 

 

(…) wracają do Polski zagrabione przez Niemców w czasie wojny nasze konie arabskie . Pociągami, którymi – jeszcze parę lat wcześniej – być może – wożeni jak zwierzęta byli ludzie.  Jadą do Janowa Podlaskiego. Okoliczna ludność już czeka, niemal wszyscy. Po trapach z wagonów, okaleczone przez wojnę, chore, a niektóre osiwiałe ze starości i ze spuszczonymi głowami, schodzą nasze konie. Masztalerze mają przeprowadzić je do stajni, bo stacja znajduje się kilka kilometrów dalej. Konie tłoczone na placu nagle zaczynają chrapami wciągać powietrze. Jeden z ogierów spina się i jak małe dziecko odrzuca masztalerza. Rośnie zamieszanie, narasta potworny tumult, robi się niebezpiecznie. Nagle przytomny masztalerz krzyczy: “puszczajcie te konie, bo nas pozabijają.” Konie ruszają w kierunku pobliskiego lasu, a wszyscy zebrani za nimi w pogoń. Najpierw łąka, potem następny las…, w końcu dociera do ludzi, że gonitwa koni jest skazana na porażkę. Początkowa radość z powitania powracających z wygnania zamienia się w żal, zawiedzione nadzieje. Już zbierają się na powrót do wsi, gdy nagle daje się usłyszeć krzyk starego masztalerza: “Ludzie! One biegną do stajni.” Kiedy dobiegli do stajni konie już stały w swoich boksach, a te, które przyszły na świat w czasie drogi stały w boksach swoich matek. Teraz ludzie stali stłoczeni w korytarzach stajni w bezruchu i w ciszy, której opisać się nie da. Podobno nie było nikogo, kto by nie płakał. Ale nie o łzy mi chodzi, tylko o żywą pamięć.

 

Teraz podkarmimy trochę Twoją deprechę, ale… jeszcze skopiemy jej dziś dupsko – ZOBACZYSZ!

 

 

MATKI CZŁOWIECZEJ LAMENT

h E Cis Fis
1. Kiedy mi Cię, Synku, zwiastowali,

h D E Fis
To myślałam: Niebo mi otwarli,

h fis G D
Że to nie udręka, być matką człowieka,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.

A E H7 E
Kiedy mi się objawili w złocie,

h fis Cis7 Fis
Nie myślałam, że mi wydrze kto Cię,

h fis G D
Że na ludzką mękę będziesz mi człowiekiem,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.


h E Cis Fis
2. Kiedym w sobie tę nosiła jasność,

h D E Fis
Anim czuła, że na krzywdę własną,

h fis G D
Że tak cierpieć musi, kto wszedł między ludzi,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.

A E H7 E
Kiedym na świat wydawała brzemię,

h fis Cis7 Fis
Nie wiedziałam, że uchodzisz ze mnie

h fis G D
Na Twoją niedolę, na matczyną boleść,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.


h E Cis Fis
3. I poznałam w Tobie umieranie,

h D E Fis
I poznałam, żeś Ty krzyżem dla mnie,

h fis G D
Że okrutną rzeczą być matką człowieczą,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.

A E H7 E
Kiedy mi Cię, Synku, zwiastowali,

h fis Cis7 Fis
Nie wiedziałam, że mi Cię wydarli,

h fis G D
Że oblekasz ciało, aby tak się stało,

e Fis h C Fis h
Synku, Synku.

(m. Edward Pałłasz, sł. Joanna Kulmowa)



Dodawanie komentarzy dla zalogowanych użytkoników: