Naśladowanie Chrystusa - Mój Bajzel - Archiwum -

Wojna czy pokój?

6 listopada 2019

“Po filmie braci Sekielskich spotkałem się z najprzeróżniejszymi reakcjami.  Znajomi z prawicy podkreślali, że jest to po prostu kolejny brutalny atak na Kościół utkany z jednostronnie dobranych faktów oraz insynuacji.  Znajomi z lewicy cieszyli się, że wreszcie ktoś ujawnił i precyzyjnie udokumentował korupcję oraz zakłamanie, na których ów Kościół jest zbudowany.  Świeccy katolicy pytali mnie:  jak to możliwe, by księża dopuścili się takich potworności, a księża czuli się brutalnie zaatakowani, bo są Bogu ducha winni, a zdradę kapłaństwa przez niewielki procent ich współbraci uogólnia się na wszystkich kapłanów i cały Kościół.”

 


Módlmy się  o o. Macieja!

 


dr Maciej Zięba OP

Wojna czy pokój?

“Spróbowałem sporządzić „listy grzechów”.  Rozumiem przez to spis problemów, z którymi różne grupy powinny próbować się zmierzyć, aby stworzyć możliwość racjonalnej debaty, wspólnego namysłu nad kondycją Rzeczypospolitej oraz Kościoła.”

Po filmie braci Sekielskich spotkałem się z najprzeróżniejszymi reakcjami.  Znajomi z prawicy podkreślali, że jest to po prostu kolejny brutalny atak na Kościół utkany z jednostronnie dobranych faktów oraz insynuacji.  Znajomi z lewicy cieszyli się, że wreszcie ktoś ujawnił i precyzyjnie udokumentował korupcję oraz zakłamanie, na których ów Kościół jest zbudowany.  Świeccy katolicy pytali mnie:  jak to możliwe, by księża dopuścili się takich potworności, a księża czuli się brutalnie zaatakowani, bo są Bogu ducha winni, a zdradę kapłaństwa przez niewielki procent ich współbraci uogólnia się na wszystkich kapłanów i cały Kościół.

Te całkowicie odmienne reakcje uzmysłowiły mi, że to, o czym mówi film braci Sekielskich, sposób, w jaki o tym opowiada, oraz to, jak został odebrany, oprócz tego, co najważniejsze:  pokazania cierpienia i krzywdy poszkodowanych, ujawnia wiele głębszych problemów, które trawią nasze społeczeństwo.

Objawia, w jak odmiennych światach żyją dzisiejsi Polacy, jak bardzo brakuje im empatii, jak mało jest samokrytycznej refleksji.  Jeżeli brakuje chęci porozumienia, to podziały się pogłębiają, co prowadzi do eskalacji napięć i konfliktów, a w konsekwencji do totalnej wojny polsko-polskiej, w której strony dążą do wzajemnego zniszczenia.

Taka ewolucja w stronę wojny wszystkich ze wszystkimi byłaby niszczycielska i dla Polski, i dla Kościoła.  Dlatego spróbowałem sporządzić „listy grzechów”.  Rozumiem przez to spis problemów, z którymi różne grupy powinny próbować się zmierzyć, aby stworzyć możliwość racjonalnej debaty, wspólnego namysłu nad kondycją Rzeczypospolitej oraz Kościoła – dopuszczając krytykę i spory.

Z oczywistych względów nie roszczę sobie prawa do obiektywności.  Listę omawianych grzechów można by albo wydłużyć, albo skrócić  (z tego względu możemy zmniejszyć wagę owych problemów o połowę).  Jest ona subiektywna (zatem raz jeszcze podzielmy przez dwa).  Nie może też uciec od uogólnień oraz uproszczeń (kolejny raz podzielmy przez dwa).  Jeżeli jednak poniższe uwagi są choćby w 12,5 proc. prawdziwe, to problemy, które sygnalizuję nadal są warte namysłu.

* * *

         10 grzechów prawicy (katolickiej)

  1. Klerykalizm: dostrzeganie w Kościele głównie instytucji broniącej tożsamości narodowej i sojusznika w walce z ideologiczną lewicą

Wspólna deklaracja środowisk narodowych z listopada 2017 głosi:  „Warunkiem zachowania spójności polskiej wspólnoty narodowej jest, aby w naszym kraju dominowała ludność polskiego pochodzenia etnicznego, polska kultura i religia katolicka”.

Jako katolikowi, jako patriocie i jako homo sapiens cierpnie mi skóra:  co znaczy „spójność polskiej wspólnoty narodowej”?  Co w tym kontekście znaczą „dominacja”, „pochodzenie etniczne”, „polska kultura”?  Na pewno nie ma to nic wspólnego z katolicyzmem, który jest powszechny i uniwersalny.  I kto te wszystkie „spójności” i „pochodzenia etniczne” będzie mierzył – prawicowi ideolodzy?!

  1. Arogancja i pogarda wobec ludzi myślących inaczej

Nie będę przytaczał niezliczonych cytatów z mediów czy wypowiedzi posłów, nawet z profesorskimi tytułami, bo każde słowo poniżające adwersarzy i wypowiedziane z pogardą jest antykatolickie, antyewangeliczne.

Jest to nieewangeliczne i okrutne, nawet jeśli piętnuje się rzeczywiste zło.  Jak słusznie napisał ks. Roman Indrzejczyk, kapelan Lecha Kaczyńskiego, który razem z nim zginął:  „Idą przez życie uczciwi, co zło najmniejsze wypatrzą – szlachetni, pobożni i czyści.  Surowi bez ludzkich odruchów”.

  1. Brak znajomości katolickiej nauki społecznej

Przykłady:  niedocenianie wagi trójpodziału władz, podkreślanej przez wszystkich papieży od Leona XIII, brak spojrzenia na problem uchodźców w świetle zasady solidarności  (Kościół obchodzi Dzień Uchodźcy od 1914 r., ONZ od 2001 r.),  na wzmacnianie samorządów w świetle zasady pomocniczości czy też odwrócenie zasady ordo caritas z zasady inkluzywnej na wykluczającą, preferującą egoizm.

  1. Utożsamianie swoich poglądów z „prawdziwym katolicyzmem”

Naczytałem się nieco o „łże-katolikach”, „katolewicy”, „kato-liberałach”, „katolikach à la carte”, „heretykach”, „wilkach w owczej skórze”  – te inwektywy zapalonych obrońców wiary nie omijają ani biskupów, ani papieża.  Takie myślenie świadczy nie o ortodoksji, lecz o samozadowoleniu i ignorancji.

  1. Fałszywe generalizacje oraz uproszczenia intelektualne w identyfikacji „wroga”

„Lewactwo”, „eko-faszyzm”, Bruksela, neomarksizm, bezbożny ateizm czy gender mogą oznaczać wszystko – od fanatyzmu posługującego się mową nienawiści, kłamstwem, a nawet aktami przemocy, po poważnych myślicieli, mądrych krytyków Kościoła, miłośników ochrony przyrody czy ludzi badających kulturową interpretację ludzkiej płciowości.  Znów mieszanina braku precyzji myślenia połączona z intelektualnym błogostanem.

  1. Zanegowanie dialogu jako zasady uprawiania polityki i debaty społecznej

Człowiek wierzący musi być otwarty na dialog.  „Należy przyjąć zasadę dialogu bez względu na trudności, jakie wyłaniają się na drodze do jego urzeczywistnienia”, pisał kardynał Wojtyła, a jako Jan Paweł II dodawał: „dialog stanowi centralny i niezbędny element każdej etycznej myśli ludzkiej, kimkolwiek by ci ludzie nie byli”. To prowadzi nas do kolejnego problemu.

  1. Wybiórcze i instrumentalne traktowanie nauczania Jana Pawła II

Przykłady: powoływanie się na uwagi Jana Pawła II dotyczące „cywilizacji śmierci”  (acz papież głównie mówił o „kulturze śmierci”),  a ignorowanie słów, że chrześcijanie winni tworzyć „kulturę przebaczania”, z której winna wynikać „polityka przebaczania”.  Dzięki temu Jan Paweł II konsekwentnie budował pojednanie między chrześcijanami i między religiami, pojednanie polsko-niemieckie, polsko-żydowskie, polsko-ukraińskie, a także polsko-polskie.  Podobnie niezgodne z wizją papieża  („solidarność musi iść przed walką”)  jest kreowanie etosu walki zamiast etosu solidarności i w związku z tym przepisywanie najnowszej historii Polski.  Ignorowanie papieskiego nauczania o „chrześcijańskim feminizmie” to kolejne niedomaganie.  A tę listę można znacznie wydłużyć.

  1. Ksenofobia

Dołączanie do patriotyzmu elementów nacjonalistycznych i mesjanistycznych, które są sprzeczne z nauczaniem Kościoła.  Prowadzi to nieuchronnie do niechęci wobec obcych.  Dowodem może być instrumentalne utożsamienie problemu uchodźców nie z nieszczęśnikami uchodzącymi z pożogi wojennej, ale z imigrantami ekonomicznymi z Afryki i ekstremizmem islamskim.  Język nacjonalistycznej polityki wyparł język Ewangelii.

  1. Eklezjologia oblężonej twierdzy

Jak ujęła to posłanka prof. Pawłowicz, krytykując swojego biskupa:  „Dziś bronimy Polskę przed naporem bezbożnych nurtów lewackich i będziemy bronić przed antychrześcijańską agresją islamu, która teraz dokonuje się w Europie”.

Taka postawa, demonstrowana często w prawicowych mediach, generuje podział na „swoich” i „wrogów”, mobilizuje do zwarcia szeregów i wyzwala agresję.  Odbiega jednak skrajnie od postawy Jezusa.  Chrystus, działając w nieprzyjaznym Mu otoczeniu, nie postulował walki z judaizmem czy obrony przed „bezbożnym” pogaństwem, ale mówił „idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”, „oto posyłam was jak owce między wilki”.  Za czasów mej młodości Kościół nie bronił Polski przed naporem bezbożnego komunizmu, ale bronił ludzkiej godności, wolności i prawdy.  I na tym opierała się wielkość Kościoła czasu Wyszyńskiego i Wojtyły.

  1. Wspieranie sojuszu tronu z ołtarzem

Wiązanie spraw Kościoła z bieżącą polityką zawsze jest nadużyciem Ewangelii.  Przykłady z ubiegłego miesiąca.  Polski ambasador w Niemczech na spotkaniu z miejscowymi mediami:  „Wczoraj byłem na mszy w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej, w kościele była jedna czwarta członków rządu.  Taki widok byłby niemożliwy w innych krajach, tylu wierzących ludzi w jednym miejscu.  Ci ludzie mają w sobie metafizyczną substancję”.  Albo radny Warszawy odtwarzający podczas sesji z telefonu fragment homilii Jana Pawła II, aby użyć go do polemiki z prezydentem miasta.  To nie tylko absurdalne pomieszanie porządków.  To koszmar.

Takoż wszelkie próby nadawania Kościołowi przywilejów w nadziei na polityczne poparcie oraz pojawianie się polityków w świetle jupiterów w katolickich instytucjach, które ich wspierają, jest nadużyciem, które dla Kościoła zawsze niedobrze się kończy.  Jak pisał Benedykt XVI:  „Walkę o wolność Kościoła, walkę o to, żeby królestwo Jezusa nie było utożsamiane z żadną formacją polityczną, trzeba toczyć przez wszystkie stulecia.  Bo w ostatecznym rozrachunku cena, jaką płaci się za stapianie się wiary z władzą polityczną, zawsze polega na oddaniu się wiary na służbę władzy i na konieczności przyjęcia jej kryteriów”

* * *

10 grzechów liberalnej lewicy

  1. Klerykalizm: dostrzeganie w Kościele wyłącznie walczącej o wpływy biurokracji oraz skorumpowanej, promującej irracjonalizm instytucji

300 lat oświeceniowej antykatolickiej propagandy wydaje swoje owoce.  Wszystkie osiągnięcia chrześcijaństwa  (rozwój edukacji i nauki od szkół parafialnych po uniwersytety, powstanie szpitali, sierocińców, domów starców, rozwój gospodarczy, prawa człowieka, etc.)  spadkobiercy oświecenia przypisują samym sobie, a wszelkie przywary ludzkości – Kościołowi.  Sobie też przypisali monopol na racjonalność, pozbawiając prawa do rozumności wszystkich ludzi posiadających odmienne poglądy.

  1. Przekształcanie demokracji z władzy obywateli we władzę grupy ekspertów, sędziów i naukowców potwierdzających lewicowo-liberalną wizję człowieka i społeczeństwa.

Np. uznawanie za naukową wyrocznię WHO i wedle niej kształtowanie edukacji, norm współżycia społecznego czy norm językowych.  Organizacja ta ma bardziej niejasną strukturę niż ONZ, a decyzje obligatoryjne dla całego świata dotyczące chorób, zaburzeń czy terapii podejmuje na podstawie badań bardzo niereprezentatywnych próbek i to jeszcze w drodze głosowania.

  1. Prawne lub administracyjne ograniczanie, nawet na uczelniach, wolności wypowiedzi do wymogów politycznej poprawności

Znakomicie opisała to brytyjska noblistka Doris Lessing w eseju zatytułowanym „Censorship” (cenzura):  „Najpotężniejszą umysłową tyranią w tym, co nazywamy wolnym światem, jest polityczna poprawność, która jest zarówno bezpośrednio i wszędzie widoczna, jak też niewidzialna, podobna do trującego gazu.  Jej wpływy są zazwyczaj odległe od jej źródeł, co ujawnia się w powszechnej nietolerancji”.  Dlatego spotkanie z ludźmi propagującymi poliamorię może odbyć się na terenie UW, ale spotkanie z działaczami pro-life zostaje zakazane.

  1. Pogarda i agresja wobec myślących inaczej

Jeżeli, jak przeczytałem w wysokonakładowej prasie, „milczenie to też homofobia”, to etykietę homofoba, a takoż faszysty, antyfeministy czy nacjonalisty można przypiąć każdemu.  Obrazowo w eseju „Żółte kamizelki głosują na Hitlera” ujął to  (notabene przysięgły ateista)  Michel Onfray:  „Ci ludzie o dobrych intencjach są godnymi spadkobiercami praw Robespierre’a dotyczących podejrzanych, a więc prawa do Trybunału Rewolucyjnego, który znosi prawo do obrony, oraz prawa do gilotyny, która rozwiązuje wszelkie konflikty na swój ostry sposób.  Oczywiście, każdy ma prawo do myślenia, ale wyłącznie do myślenia tak jak oni.  W przeciwnym razie ścinają mu głowę, którą z pomocą dziennikarzy, specjalistów od brudnej roboty, rzucają potem w trociny”.

  1. Poszerzanie wpływów ideologicznych niewybieralnych kręgów decyzyjnych

Zazwyczaj są to organizacje pozarządowe zakładane przez aktywistów o radykalnych poglądach, którzy uzurpują sobie prawo do reprezentowania całej grupy lub populacji.  Przykład ze strony katolickiej liberalno-lewicowej:  postępowy przełożony jednego z zakonów postanowił „popchnąć” sprawę kapłaństwa kobiet.  W tym celu nazwał parę zakonnic popierających jego pogląd „międzynarodowym komitetem sióstr zakonnych”.  Przedstawicielki tegoż przemawiały potem na wielu forach jako reprezentantki ogółu zakonnic i mniszek, twierdząc, że reprezentują ich poglądy  (które w rzeczywistości cieszyły się minimalną popularnością).  Ale żaden zakonnik nie mógł tego kwestionować bez posądzenia o męski szowinizm i seksizm.

  1. Narzucanie przez edukację i media reguł „prawidłowego myślenia” zamiast racjonalnego dialogu

Uczestniczyłem niedawno w debacie, na której jeden z przedstawicieli młodej uniwersyteckiej profesury skrajnie tendencyjnie zaatakował „miałkość i szkodliwość myślenia Jana Pawła II”, żądając, by usunięto jego pisma z wszelkich poziomów edukacji.  Odpowiedziałem, że z chęcią bym podyskutował na argumenty o jakości myśli Jana Pawła II, a nie dążył do jej usunięcia przez zakazy administracyjne.  W odpowiedzi usłyszałem, że debata strony posiadającej racjonalne argumenty, którą on reprezentuje, ze stroną (w domyśle moją), która ma wyłącznie uprzedzenia ideologiczne, nie jest możliwa.

  1. Naiwna, niespójna logicznie akceptacja „inności” obcych, połączona z nietolerancją wobec „inności” sąsiadów

Wyrozumiałość i tolerancja dla reprezentantów odmiennych kultur i tradycji, choć nie wyznają oni kanonu wartości liberalno-lewicowych, a często są im wręcz wrodzy, łączy się z pogardą dla współobywateli, którzy wiele wartości uznają za wspólne, jedynie w niektórych wypadkach dystansując się od kanonu.  „Oświeceni” są przy tym przekonani o swojej otwartości, tolerancji oraz o tym, że to owi współobywatele pałają do nich nienawiścią.  Jednakże Raport Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW z tego roku jednoznacznie pokazał, że to zwolennicy poglądów liberalno-lewicowych bardziej nienawidzą swoich adwersarzy niż czynią to ich oponenci.  Są też mniej skłonni do dialogu z ludźmi o odmiennych przekonaniach.  Bardzo nietolerancyjna jest taka tolerancja.

  1. Koncentracja na problemach niewielkich grup, a stąd wykluczenie wielkich grup społecznych (np. robotników, związków zawodowych, członków tradycyjnych wspólnot wyznaniowych)

Oto jeden z niezliczonych przykładów.  Prof. Janusz Majcherek:  „Zacofani głosują na zacofanych, którzy ich umacniają w przywiązaniu do modelu życia odpowiedzialnego za zacofanie.  Oraz odwrotnie:  nieprzypadkowo sondaże dają wysoką przewagę kandydatom PO i Nowoczesnej w Warszawie, która kilkakrotnie przewyższa poziomem rozwoju najbiedniejsze regiony, będące bastionami PiS.  I nie bez związku z tymi prawidłowościami pozostaje fakt, że mieszkańcy regionów najbardziej zacofanych są najbardziej religijni, zaś warszawiacy najmniej”.

Tymi słowami profesor obraził wszystkich ludzi religijnych w Polsce.  A przecież wyjaśnienie jest znacznie prostsze.  Ludzie religijni z wyborów na wybory rzadziej głosują na PO, bo PO coraz agresywniej idzie na wojnę z katolicyzmem oraz Kościołem.  Zarazem jednak znam co najmniej paru ludzi z profesorskimi tytułami, którzy są bez porównania bardziej agresywni i wywody prof. Majcherka uznaliby za zbytnio koncyliacyjne i zbyt stonowane.

  1. Uznanie państwa narodowego za przeżytek, a rodziny (tradycyjnej)  za anachronizm

W swoim ostatnim wykładzie mówił Wiktor Osiatyński:  „Liberalne elity zrezygnowały z tworzenia wspólnoty i zapomniały o ludzkiej potrzebie godności.  Bojąc się patriotyzmu, otworzyliśmy drogę do nacjonalizmu”.

Podobnie jest z rodziną:  w imię równości proponuje się identyczność, która zakłada dowolną wymienność osób, ignorując niesłychanie ważną dla dziecka potrzebę stabilnego ojcostwa i macierzyństwa.

  1. Bezpardonowa walka z obecnością Kościoła i chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej

Nie ma co się rozpisywać.  Krytyka jest rzeczą naturalną.  Demaskowanie nadużyć jest koniecznością.  Z takim jednak tonem agresji i pogardy wobec wiary w Boga, czasem wręcz nienawiści do chrześcijaństwa, katolicyzmu i Kościoła, jaki pojawia się w najpoważniejszych polskich mediach, nigdy wcześniej się nie spotkałem  (a moja pamięć sięga czasów gomułkowskich).  A od świeckich katolików powszechnie słyszę o szydzeniu z religii i Kościoła w ich miejscach pracy.

* * *

10 grzechów duchowieństwa

  1. Klerykalizm: korporacyjne bronienie instytucji bez względu na okoliczności

To ludzki odruch.  Ale widzenie przez duchownych w Kościele czysto ludzkiej instytucji jest poważnym grzechem.  Wszystkie wydarzenia związane ze sprawą pedofilii, w których ludzie Kościoła zachowali się jak członkowie korporacji, pokazały, jak wielką krzywdę oraz ból przynosi to konkretnym ludziom i zarazem szkodzi Kościołowi.

  1. Zbiurokratyzowanie duszpasterstwa

Sprawozdawczość, zewnętrzne spełnianie wskaźników dobrze notowanych przez kurialne urzędy często stało się priorytetem i podstawowym kryterium oceny kapłana.  A rozpowszechnienie najprzeróżniejszych karteczek i książeczek służących do zbierania podpisów niezbędnych przed udzieleniem chrztu, bierzmowania, ślubu czy do „zaliczenia” rekolekcji stało się widzialnym znakiem braku zaufania do wiernych.

  1. Relikty feudalizmu w relacjach biskupi–księża–świeccy

Wielość zewnętrznych i historycznie ukształtowanych form podkreślania hierarchicznej struktury Kościoła częstokroć przesunęła służebny wymiar władzy w Kościele na podkreślanie jej zakresu i dyscyplinowanie tych, którzy winni być jej posłuszni.  Z takiego paternalizmu rodzi się pouczanie wiernych w sprawach niedotyczących misji Kościoła.  Przykład:  decydowanie przez niektórych biskupów oraz kurie o zakazie uczestniczenia katechetów w strajku nauczycieli.  Taki strajk ma niewątpliwie wymiar polityczny, ale Kościół nie powinien ingerować w bieżącą politykę.  Natomiast jest to, primo, ingerowanie w obywatelskie prawo do strajku, które wywalczyliśmy w 1980 roku, secundo, uznanie, że władza wie lepiej od podwładnych, co dla nich dobre mimo ogromnej złożoności lokalnych sytuacji.  Tertio, jest to uznanie, że katecheta sam nie zdoła ocenić sytuacji, a przecież udzielenie mu misji oznacza, że ma odpowiednie wykształcenie oraz dobrze ukształtowane sumienie.

  1. Utożsamienie wszelkiej krytyki z atakiem na Kościół

Zwalnia to z wszelkiej próby krytycznej autorefleksji, z wezwania do nawrócenia, a także z reagowania na problemy, wyzwania i zagrożenia.

Znów wypada przypomnieć słowa Jana Pawła II, który pisał, że chrześcijanie muszą zadać sobie pytanie, „jaką część odpowiedzialności za szerzącą się coraz bardziej niewiarę winni wziąć na siebie, ponieważ nie umieli ukazywać prawdziwego oblicza Boga na skutek braków w ich własnym życiu religijnym, moralnym i społecznym”.

  1. Nadmierny nacisk na materialne zabezpieczenie bytu swojego i instytucji (czasem wręcz pazerność)

Kościół potrzebuje środków materialnych dla pełnienia swej misji, zwłaszcza dla dzieł charytatywnych i edukacyjnych.  Ale jeżeli troska o sprawy materialne staje się priorytetem, dzieje się to kosztem życia duchowego i intelektualnego oraz duszpasterstwa.

Budowniczy rozmach ostatnich parudziesięciu lat zaangażował ogromne ilości czasu i pieniędzy, ale na pewno nie wzmocnił Kościoła.  Natomiast dość częste stosowanie „taryfikatorów” za udzielane sakramenty i sakramentalia z pewnością go osłabiło.  Pazerność księży – na szczęście – jest rzadkim wyjątkiem, ale obrzydliwym i szeroko nagłaśnianym, a zgorszenie, które ze sobą niesie, przynosi ogromne straty całemu Kościołowi.

Jan Paweł II:  „Musicie być solidarni z narodem.  Stylem życia bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny”.

  1. Nacisk na prawne formy zabezpieczania działalności Kościoła

Naiwna jest wiara, że kolejne ustawy, regulacje prawne czy umowy z rządem rozwiążą powstające problemy.  Winny one być zwieńczeniem szerokiego procesu edukacji różnych grup społecznych, przekonywania opinii publicznej, pracy nad racjonalną argumentacją i jej konfirmowaniem przez fakty.  Dążenie do prawnej ochrony życia tylko wtedy będzie skuteczne, gdy przekonamy znaczącą większość obywateli do poglądu, że niszczenie ludzkiego życia zawsze jest złem i tragedią.  A jeśli katechezy nie będą atrakcyjne dla młodych ludzi, to nacisk na to, aby były uwzględniane przy średniej na świadectwie czy odpowiednio usytuowane w siatce godzin, jest budowaniem kolosa na glinianych nogach.  Od czasów proroka Daniela wiadomo, jak to się skończy.

  1. Ignorowanie i nieszanowanie opinii publicznej oraz społeczeństwa pluralistycznego

Zacznijmy od ks. Indrzejczyka:  „Jestem przeciw ciasnocie, oburzaniu się, potępianiu świata…  Nasze zachowania są często niezręczne.  My w świętym, katolickim Kościele uważamy się za posiadaczy prawdy.  I tak jest w istocie.  Ale posiadacze prawdy czasami korzystają ze swego autorytetu w sposób niedelikatny, dominujący.  Jak wszystkowiedzący dorośli strofują małe dzieci:  to wolno, a tego nie wolno.  A to już nie jest wychowanie, tylko tresura”.

Mądre to słowa, ale nawet ten wybitny kapłan używa niebezpiecznego stwierdzenia, że jesteśmy „posiadaczami prawdy”.  Dodajmy więc, że primo, Kościół – i to jako całość – jest jedynie „depozytariuszem” prawdy, a nie jej „posiadaczem”.  Secundo, prawda ta ma charakter zbawczy, tzn. Kościół ma wszelkie środki, by prowadzić ludzi do zbawienia, ale w innych sprawach bywa omylny.  Tertio, grzech pierworodny zranił władze poznawcze każdego człowieka, stąd nikt nie może sobie rościć prawa do posiadania „jedynie słusznych przekonań”.

Wszystkie te przesłanki skłaniają do pokory, do wsłuchiwania się w racje ludzi o innych przekonaniach, do dążenia, aby zrozumieć racje, które nimi kierują i do dialogu, a kiedy jest on niemożliwy – do spokojnego i klarownego przedstawiania swojego stanowiska.

Niestety, często można usłyszeć u ludzi Kościoła w Polsce ton moralizowania ex cathedra, pouczania na wszelkie tematy, brak chęci do podjęcia dialogu, lekceważące lub nawet pogardliwe odnoszenie się do innych niż własne poglądy.

Jest to szczególnie szkodliwe, gdy księża wkraczają na teren polityki.  A przecież – zgodnie z postanowieniem synodu ogólnopolskiego, który cytuje słowa Jana Pawła II – „prawo prezbitera do ujawniania własnych wyborów politycznych ograniczają wymogi jego posługi kapłańskiej”.  Kapłan powinien „powstrzymać się od korzystania ze swego prawa, by móc być skutecznym znakiem jedności i głosić Ewangelię w całej jej pełni”, „szanować dojrzałość ludzi świeckich”, „robić wszystko, co możliwe, by nie przysparzać sobie wrogów na skutek zajmowania takich stanowisk w dziedzinie politycznej, które pozbawiałyby go wiarygodności i powodowały oddalenie się wiernych powierzonych jego pasterskiej misji”.

  1. Słabe wykształcenie duchowieństwa

Ten brak chęci dialogu i odgórne pouczanie jest – po części – reakcją obronną związaną ze spadkiem poziomu wykształcenia księży w Polsce.  Ksiądz, który do niedawna, prawie automatycznie, należał do intelektualnej elity, jest dziś otoczony przez rzesze ludzi lepiej wykształconych od niego.  Z jednej strony, programy seminaryjne w niewielkim stopniu zareagowały na ogromne przemiany w nauce i kulturze w ostatnim półwieczu.  Z drugiej strony, w okresie znaczącego wzrostu poziomu wykształcenia Polaków dokonało się raczej obniżenie poziomu nauczania w seminariach związane głównie z ich rozdrobnieniem  (parę wydziałów teologii nie ma większego wpływu na całość formacji).

Sprzyja to klerykalizacji Kościoła – zamykaniu się księży w swoim własnym gronie oraz upowszechnieniu postaw obronnych przed „światem”.  Obniża też jakość duszpasterstwa, bo powoduje spłycenie wiary.  Kolejny raz przywołajmy Jana Pawła II:  „wiara, która nie staje się kulturą, jest wiarą nie w pełni przyjętą, nie w całości przemyślaną, nie przeżytą wiernie”.

Dwa tysiące lat historii jednoznacznie dowodzi, że jeśli opadał poziom wykształcenia duchowieństwa, Kościołem targały kryzysy.

  1. Rozpowszechnianie się „kontraktowego” modelu kapłaństwa

To określenie oraz ocena arcybiskupa Hosera, które trafnie oddają kolejny problem.  Niekiedy kapłaństwo sprofesjonalizowało się w niedobry sposób.  Kapłan „świadczy usługi dla ludności”:  odprawia msze, chrzci, katechizuje, prowadzi pogrzeby.  A kiedy „obsłuży klientów”, ma swój czas i swoje pieniądze, które wykorzystuje dla siebie.

Jan Paweł II:  „Jako młody kapłan nauczyłem się miłować ludzką miłość.  To jest jedna z tych podstawowych treści, na której skupiłem swoje kapłaństwo, swoje posługiwanie na ambonie, w konfesjonale, a także używając słowa pisanego.  Jeśli umiłuje się ludzką miłość, to wtedy rodzi się także żywa potrzeba zaangażowania wszystkich sił na rzecz »pięknej miłości«.  Bo miłość jest piękna”.

  1. Sakramentalizm

„Kontraktowe” kapłaństwo nie oznacza lenistwa.  Większość polskich księży ciężko pracuje, ale ich praca koncentruje się wokół sakramentów i sakramentaliów.  Liczba mszy świętych, chrztów, ślubów, pogrzebów i wszelakich nabożeństw, którym kapłan przewodniczy jest ogromna.  Nieuchronnie wpływa to na jakość sprawowania sakramentów.  A co najgorsze, cierpi na tym modlitwa indywidualna.  Brakuje też czasu na studium, prowadzenie duchowe, pogłębioną formację wiernych czy działania ewangelizacyjne.

* * *

10 grzechów katolików świeckich

  1. Klerykalizm: uznawanie Kościoła przede wszystkim za instytucję  (z którą utrzymuje się mniej lub bardziej intensywne kontakty).

Występującą często w Polsce formą chrześcijaństwa jest „katolicyzm chrzcielno–ślubno–pogrzebowy”, w którym ożywienie życia modlitwy oraz dostępu do sakramentów następuje co parę lat, w momentach ważnych dla życia rodzinnego.  Formą wyższą i bardziej popularną jest uznanie, że bycie katolikiem oznacza w miarę regularne uczęszczanie na mszę, przystępowanie co pewien czas do spowiedzi, posyłanie dzieci na katechezę, przyjęcie księdza po kolędzie i – obowiązkowo – „święcenie” pokarmów w Wielką Sobotę  (jedyna czynność religijna praktykowana co roku).

Najmniej liczna jest trzecia grupa, która dąży do życia Ewangelią, dba o rozwój duchowy, intelektualny i wspólnotowy swojej wiary.

W pierwszej grupie istnieje pewien potencjał, a w drugiej jest on nawet dość spory, by poprzez ewangelizację i formację ukazać chrześcijaństwo jako „drogę” ku Temu, który jest „Zmartwychwstaniem i Życiem”.  Wymagałoby to znaczących zmian w duszpasterstwie.  Jeżeli ich jednak zabraknie, pierwsza i druga grupa wkrótce się wyludnią, przesuwając się w stronę indyferentyzmu i prywatnej religijności.

  1. Słaba wiedza teologiczna

Tradycyjne duszpasterstwo (także katecheza) nie budują trwałych fundamentów wiary mającej wymiar egzystencjalny i społeczny.  Wiedza religijna koncentruje się na katechizmie w formie prostych pytań i odpowiedzi, w którym dominuje „sześć głównych prawd wiary”.  Prawdy te – prawie 200 lat temu – przyplątały się do jakiegoś modlitewnika, a w Polsce stały się kwintesencją chrześcijaństwa.  Nie są one herezjami, ale zawierają szalenie ubogą, arbitralnie dokonaną przez anonimowego autora interpretację religii katolickiej, która zrobiła karierę przez swoją prostotę.  Z tego samego powodu powszechnie znany jest Dekalog, a znajomość ośmiu błogosławieństw jest rzadkością.

Interpretacja chrześcijaństwa w formie żołnierskich odpowiedzi wyrywa wiarę w Chrystusa z przestrzeni wiary, nadziei i miłości, odziera ją z jej bogactwa, z wymiaru tajemnicy.  Zwalnia też z krytycznego myślenia i twórczego poszukiwania.  Sprawdzają się wtedy słowa Jana Pawła II:  „Złudne jest mniemanie, że wiara może silniej oddziaływać na słaby rozum;  przeciwnie, jest wówczas narażona na poważne niebezpieczeństwo, może bowiem zostać sprowadzona do poziomu mitu lub przesądu”.

  1. Indywidualizm

Brak szerszej i głębszej formacji chrześcijańskiej prowadzi do absolutyzacji stanów emocjonalnych, indywidualnego doświadczenia wiary i jego interpretacji.  Osłabia to albo wręcz zrywa poczucie wspólnoty z 20 wiekami Tradycji oraz z wspólnotą dzisiaj pielgrzymującego Kościoła.

Przestrzegał przed tym już przed II wojną światową o. Jacek Woroniecki, a dziś ks. Grzegorz Strzelczyk bije na trwogę:  „funkcjonujemy w świecie, w którym absolutny priorytet ma doświadczenie indywidualne i jego prywatna interpretacja.  A to świetna pożywka dla gnozy.  Mamy do czynienia z sytuacją, w której Kościół katolicki w Polsce dryfuje w stronę neo-gnozy z tempem przerażającym.  Benedykt XVI próbował zdiagnozować jeden z wymiarów kryzysu współczesności, mówiąc o tym, że jeśli odrzucimy element racjonalny w wierze, to się nie pozbieramy.  A my mamy do czynienia z antyracjonalnym podejściem stosowanym w sposób wręcz heroiczny”.

  1. Tabloidyzacja wiary

Opisane w poprzednim punkcie zjawisko prowadzi do tabloidyzacji wiary, dla której najważniejszy jest dreszcz emocji oraz sensacja, niezwykłość.  Stąd, z jednej strony, koncentracja na sile zła – na magicznie pojmowanych egzorcyzmach  (bo diabeł ukrywa się w przeróżnych „zainfekowanych” pokarmach i przedmiotach, które trzeba „odinfekować”),  na spowiedziach furtkowych  (których celem jest pozamykanie „furtek” otwartych nieświadomie złemu duchowi),  na grzechu międzypokoleniowym  (interpretowaniu swoich słabości, niepowodzeń i problemów jako kary za grzechy przodków).  A z drugiej strony, skupienie uwagi na powierzchownie rozumianej sile dobra, na cudownych uzdrowieniach i wskrzeszeniach, modlitwach gwarantujących sukcesy, spektakularnych doczesnych osiągnięciach uzyskanych dzięki bezkrytycznej wierze.

Wszystko to, acz ubrane w katolicki kostium, nie ma nic wspólnego z Kościołem i jego nauką.  To mieszanina magii oraz mitów, herezji oraz przesądów.  Wystarczy jednak wejść do internetu, aby zobaczyć, że tego typu poglądy wygłaszane przez świeckich i duchownych (!) mają wielomilionową klikalność, a kursy, spotkania w halach i na stadionach rekordową frekwencję.

  1. Moralizatorskie interpretowanie swego życia

Wśród księży dominuje moralizatorska interpretacja Ewangelii, której skutecznie nauczają swoich wiernych.  Koncentruje się ona na grzechu i walce z nim.  Celem chrześcijańskiego życia staje się więc bezgrzeszność.  Nie dość, że jest to cel nieosiągalny, a bezskuteczne dążenie, aby go osiągnąć, nieuchronnie przynosi owoce nerwowości, rezygnacji i autoagresji, to jeszcze zastępuje on prawdziwy cel – pójście za Chrystusem.  Owszem, grzech utrudnia pójście za Nim, ale „miłość zakrywa wiele grzechów”.  Nawrócenie, metanoja – wtórnie odnosi się do moralności;  oznacza przede wszystkim zmianę postrzegania rzeczywistości, przemianę umysłu pod wpływem Ewangelii, która uczy – wbrew ludzkim kanonom – że lepiej być Dobrym Łotrem czy „nieczystym” Samarytaninem niż super-poprawnym faryzeuszem, która odkrywa niepojęcie piękny obraz Tajemnicy Boga, która uczy bezgranicznej międzyludzkiej miłości i solidarności, która pokazuje, że osiem błogosławieństw to droga do szczęścia.

Walka z grzechem ukazywana jako cel życia chrześcijańskiego nie jest pociągająca, nie otwiera też ludzi na Chrystusa  (a koncentruje na sobie),  nie buduje dynamicznej wspólnoty wierzących.

  1. Selektywne stosowanie zasad wiary

„Nieszczęsny ja człowiek” – pisał św. Paweł – gdyż „jestem zaprzedany w niewolę grzechu.  Nie rozumiem bowiem tego, co czynię”.  Nawet on – najgorliwszy z gorliwych.  Słabość i grzeszność po pierworodnej katastrofie są wpisane w ludzką kondycję.  Czym innym jednak jest uznanie swojej słabości, a czym innym uznanie grzechu za normę, lub uznanie, że sfera, w której niedomagamy nie podlega ocenie w świetle Ewangelii.  Takie podejście nieuchronnie prowadzi do osłabienia więzi z Chrystusem i Kościołem.  Dlatego tak ważne jest ukazywanie w Kościele ewangelicznej wizji życia we wszystkich jego wymiarach – indywidualnym i społecznym, rodzinnym i zawodowym, gospodarczym, politycznym i kulturowym. To powinna być podstawowa troska Kościoła.

Powszechna staje się wśród wiernych postawa selektywnego podejścia do chrześcijańskiej wizji życia:  jestem katolikiem, ale oszukiwanie na podatkach, zatrudnianie na czarno czy nieszanowanie własności intelektualnej uważam za nieuchronne;  jestem katolikiem, ale w sprawach erotyki i życia małżeńskiego mam inne podejście;  jestem katolikiem, ale w sprawie uchodźców posiadam zdanie odrębne.  Ewangelia musi opromieniać wszystkie sfery naszego życia  (a duszpasterze winni ukazywać to w sposób mądry i pozytywny!).  Jeżeli w życiu wiernych powstają luki w ewangelicznym opisie życia i świata, to jest to początek sekularyzacji.  Spadki frekwencji na mszach, liczby osób przystępujących do komunii czy liczby powołań są jedynie konsekwencją tego faktu.

  1. Brak odpowiedzialności za Kościół lokalny

Całościowe przeżywanie Ewangelii domaga się wyjścia poza schemat:  niedzielna msza, chrzciny, śluby i pogrzeby.  Domaga się głębszego zaangażowania w życie Kościoła w mojej lokalnej społeczności oraz w Polsce.  W naturę sakramentu chrztu wpisana jest postawa dynamiczna oraz twórcza.  Jest niezmiernie wiele dzieł modlitewnych i charytatywnych, edukacyjnych i kulturowych, które każdy ochrzczony winien wesprzeć swoim czasem i talentami, swoją modlitwą i pieniędzmi.  Sporo ludzi tak czyni, ale bez porównania więcej katolików w Polsce nie odczuwa takiego wezwania.

  1. Brak odpowiedzialności za Kościół uniwersalny

Życie przeciętnej polskiej parafii ogranicza się do zajmowania się jej sprawami.  Kościół w szerszym wymiarze pojawia się wtedy, gdy należy odczytać list o „Tygodniu misyjnym” lub zorganizować zbiórkę na ofiary wojny w Syrii.  Jest to zwężenie horyzontu, które godzi w katolicki – uniwersalny, a także ekumeniczny – charakter Kościoła.  Nieobecność szerszego myślenia, współodczuwania i zaangażowania w życie Kościoła powszechnego jest poważną słabością Kościoła w Polsce.  A już grzechem jest spoglądanie z wyższością na inne Kościoły lokalne.

  1. Brak odpowiedzialności za pójście na współczesne areopagi

Amerykański ortodoksyjny żyd Joseph Weiler w książce o Europie ocenia, że chrześcijanie w Europie żyją w getcie otoczonym podwójnym murem.  Zewnętrzny mur to doktryna agresywnej formy laickości, eliminująca chrześcijaństwo z życia publicznego;  wewnętrzny tworzą sami chrześcijanie, którzy zgadzają się na formułę, że wiara jest sprawą prywatną.  Ale jeśli wiara nie obejmuje całości życia, to nieuchronnie ulega erozji.  Chrześcijaństwo winno unikać manifestacji i ostentacji, tym bardziej zadufania i tryumfalizmu, ale nie może unikać świadectwa.  W Polsce mamy wielu znakomitych uczestników życia gospodarczego, ludzi mediów, nauczycieli od podstawówek po uniwersytety, lekarzy i twórców kultury, którzy mogliby kompetentnie i twórczo być obecni jako chrześcijanie na „współczesnych areopagach”, ale dali sobie narzucić dogmat laickości.  Tradycyjnie zatem odwołajmy się do Jana Pawła II:  „Jest wielkim zadaniem wszystkich chrześcijan, nieść światło Chrystusa w życie społeczne.  Nieść je na »współczesne areopagi«, ogromne obszary dzisiejszej cywilizacji i kultury, polityki i ekonomii.  Wiara nie może być przeżywana tylko we wnętrzu ludzkiego ducha.  Ona musi znajdować swój wyraz zewnętrzny w życiu społecznym”.

Jeżeli zanika wymiar kompetentnego, pełnego szacunku dla innych, chrześcijańskiego świadectwa, na placu boju pozostaje tylko ateizm oraz – pełne chrześcijańskiej frazeologii – ostentacja i zadufanie, które z Ewangelią mają niewiele wspólnego, a Kościołowi szkodzą.

  1. Powierzchowne łączenie katolicyzmu z patriotyzmem

Historia ostatnich stuleci, prześladujące katolicyzm carat oraz Prusy, pogański nazizm, ateistyczny komunizm stworzyły silne połączenie pomiędzy narodem i Kościołem.  Trzeba przy tym dodać, że w zasadzie był to patriotyzm inkluzywny, a katolicyzm otwarty.  W okresie posiadania własnego państwa trzeba jednak pamiętać o tym, że nie wolno traktować tego połączenia jako zasady czy normy.  Po pierwsze, Kościół oraz państwo polskie mają swoją autonomię.  Po drugie, trzeba pamiętać, jak jednoznacznie Chrystus chronił swą misję przed interpretacją polityczną oraz narodową.

Wiara powinna się wyrażać w przestrzeni publicznej, ale jej manifestowanie przez mnożące się na wszystkich szczeblach oficjalne, zewnętrzne obrzędy – nabożeństwa, apele i poświęcenia – jest najczęściej spotkaniem powierzchownie rozumianego patriotyzmu z powierzchownym katolicyzmem.

Znacznie łatwiej jest powielać w nieskończoność patriotyczno-religijne wydarzenie niż swój patriotyzm i katolicyzm wyrażać w sposób twórczy i głęboki, który buduje dobro wspólne.  Pierwszą ofiarą takich powierzchownych działań stał się i wielki mąż Kościoła, i wielki polski patriota – Jan Paweł II.  Termin „odjaniepawlić”, jaki ukuło młode pokolenie Polaków, jest oskarżeniem starszej generacji.  Młodzi są po prostu zmęczeni ilością obchodów rocznic, akademii, prelekcji, uroczystości, monumentów, rond, ulic, alei, bulwarów, mostów, kładek, szpitali, przychodni, żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków, szlaków górskich, wodnych oraz lądowych im. Jana Pawła II.  Czy zbliżające się stulecie urodzin Karola Wojtyły przybliży młodym Polakom jego postać i myślenie, czy stanie się kolejną okazją do zamęczania ich ceremoniami i uroczystościami?

* * *

Logika wydarzeń, zwłaszcza zbliżające się wybory, zmierza do tego, by nawet niewielkie nieporozumienia szybko ogromniały, aby stale narastały złe emocje, a podziały zamieniały się w przepaście.  Bez choćby próby rachunku sumienia tej logiki nie da się odwrócić.  A to jest niedobra logika.  Nieuchronnie prowadzi do wojny.

[end]

 

  1. Maciej Zięba jest fizykiem, teologiem i filozofem. W latach 1973 – 1981 był związany z opozycją demokratyczną. W 1981 roku wstąpił do zakonu.  W latach 1998 – 2006 był prowincjałem Polskiej Prowincji Dominikanów, a w latach 2007 – 2010 dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku.


Dodawanie komentarzy dla zalogowanych użytkoników: